Gruzja potrafi zmienić się bardzo szybko. Kilka godzin drogi wystarczy, żeby z zatłoczonego bazaru trafić nad morze, a chwilę później znaleźć się w górach, gdzie domy znikają we mgle.
Podczas naszej fotowyprawy we wrześniu 2026 przejechaliśmy trasę: Kutaisi → Batumi → Beshumi → Tbilisi. Fotografowaliśmy przede wszystkim codzienne życie: ludzi na targach, ulice, port, małe sklepy, wędkarzy, górskie osady i to, co wydarzało się po drodze.
Nie szukaliśmy pocztówkowej Gruzji. Bardziej interesowały nas miejsca, w których normalnie toczy się życie.
Poniżej cztery fotograficzne rozdziały z tej podróży.

Kutaisi było pierwszym przystankiem naszej wyprawy i dobrym wejściem w Gruzję.
Bazar, okolice dworca, małe sklepy, stare ulice i zwykłe codzienne sytuacje. Bez wielkich atrakcji i bez potrzeby szukania konkretnych punktów. Wystarczyło zacząć chodzić.



To właśnie w takich miejscach fotografia działa najlepiej. Ktoś rozładowuje samochód, ktoś siedzi przed swoim stoiskiem, ktoś zatrzymuje się na rozmowę. Obok warzywa, mięso, kartony, marszrutki i cały zwykły miejski ruch.






Kutaisi było trochę rozgrzewką przed dalszą drogą, ale od początku pokazało, że w Gruzji najciekawsze rzeczy często dzieją się kilka ulic dalej od głównych atrakcji.
Batumi łatwo sprowadzić do promenady, palm i nowych wieżowców. Nas bardziej interesowało to, co znajduje się trochę obok.
Port, targi, stare podwórka, małe sklepy, bloki, wędkarze i lunapark wciśnięty pomiędzy budynki mieszkalne. Do tego pogoda, która zamiast przeszkadzać, tylko dołożyła miastu charakteru.












Rano przy porcie można było spotkać tych samych ludzi z wędkami. Kilka ulic dalej działał targ, a pod balkonami zwykłego bloku kręciły się kolorowe karuzele i plastikowe rekiny.














Batumi okazało się dużo ciekawsze wtedy, kiedy przestaliśmy patrzeć na nie jak na kurort.

Beshumi to zupełnie inna Gruzja.
Drewniane domy rozsypane po zboczach, konie, pasterze, droga, która potrafi się skończyć błotem, i pogoda zmieniająca krajobraz w kilka minut.




To jedna z tych miejscówek, gdzie nawet jeśli fotografia krajobrazowa nie jest twoją mocną stroną, natura bardzo wyraźnie podpowiada: tu stań, tu patrz, teraz zrób zdjęcie.
Mgła potrafi zasłonić całe góry, żeby po chwili odsłonić kilka domów albo pojedyncze zbocze. Chmury schodzą niżej niż dachy, a światło zmienia się szybciej, niż człowiek zdąży zdecydować, który obiektyw założyć.









W okolicach jezior Shuamta było jeszcze ciszej. Mniej ludzi, mniej zabudowań i coraz więcej przestrzeni.






Dezerter Bazaar to jedno z tych miejsc, w których można kręcić się z aparatem przez kilka godzin i cały czas znajdować coś nowego.
Nazwa bazaru pochodzi z początku XX wieku. Według najczęściej powtarzanej historii dezerterujący żołnierze sprzedawali tutaj mundury, wyposażenie i wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Z czasem miejsce zmieniło się w jeden z największych targów spożywczych Tbilisi, ale stara nazwa została.





Dzisiaj są tu owoce, warzywa, sery, mięso, ryby, przyprawy i dziesiątki małych stoisk. Są ciasne przejścia, akwaria, zaplecza sklepów i sprzedawcy, którzy spędzają tu sporą część swojego życia.
Fotograficznie to miejsce praktycznie samo prowadzi za rękę. Światło wpadające z boków, odbicia w szybach, kolorowe towary, twarze i cały targowy chaos tworzą kolejne kadry co kilka metrów.














To był jeden z najmocniejszych fotograficznie punktów całej wyprawy.
Na koniec
Ta wyprawa była połączeniem fotografowania, podróży i zwykłego bycia w miejscach, które trudno zobaczyć z okna autokaru.
Bez pośpiechu między atrakcjami i bez odhaczania kolejnych punktów. Z czasem na targ, rozmowę, kawę, przejście kilka ulic dalej albo poczekanie na światło.
Bo bardzo często najlepsze zdjęcie nie czeka tam, gdzie mówi przewodnik.